|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|
sobota, 10 lipca 2010
piątek, 14 sierpnia 2009
...
lato mija stanowczo za szybko. a ja zbyt duzo czasu spedzam w biurze i w domu. zeby zaczerpnac swiezego powietrza zaczelam nawet biegac. na szczescie zostal mi tylko tydzien pracy i obowiazkow, a w nastepny piatek uciekam ze stanow. uciekam do kanady. na caly tydzien. plecak i lonely planet juz czekaja.
niedziela, 12 lipca 2009
concert time!
nadszedl czas koncertowego lata. wczoraj zaliczylam no doubt. poszlam na koncert troche z nostalgii i pod wplywem wspomnien licealnych przebojow. nie zaluje, to byl super wystep! juz dawno nie doswiadczylam takiej koncertowej ekstazy w stanach - szalony tlum spiewal i piszczal na przemian. a gwen stefani niestrudzenie skakala po scenie. przede mna wystep stellastarr* http://www.youtube.com/watch?v=ZiBHNsNTrH8&feature=fvst . i kings of leon.
poniedziałek, 25 maja 2009
no title
dobiega konca dlugi weekend. taka amerykanska majowka. pogoda dopisala, choc teraz za oknem klebia sie ciemne chmury - chyba bedzie padac. ale spedzilam ten weekend w spodniach za kolano i krotkim rekawku, na predce wkladajac bose stopy do lekkich butow i wystawiajac twarz do cieplego slonca. pojawily sie juz nawet pierwsze piegi na moim nosie. a wczoraj na deser zrobilam babeczki z ciasta nalesnikowego wypelnione swiezymi truskawkami i jagodami. jest pieknie.
piątek, 10 kwietnia 2009
wiosna?
kwiecien. 10 kwietnia. tak wyglada drzewo pod moim oknem. tak wygladaja wszystkie drzewa w chicago. kto ukradl nam wiosne?? ps. nie wiem co stalo sie z moim szablonem. coz, bedzie na razie bialo.
sobota, 04 kwietnia 2009
night vision
dzis w pracy niecierpliwe czekanie na 17 i zakonczenie strasznie dlugiego tygodnia. w wyborczej przeczytalam, ze w pracy gorsza od stresu jest nuda. a na nude sa dwa sposoby: kryzys lub wlasna firma. coz, poki co mamy kryzys. po pracy poszlam podciac sobie grzywke do pani fryzjerki o dzwiecznym imieniu go-go girl "paris". pozniej zakupilam ksiazke 'me talk pretty one day', ktorej autorem jest david sedaris, jeden z moich ulubionych wspolczesnych pisarzy amerykanskich (http://en.wikipedia.org/wiki/David_Sedaris). zaczelam ja czytac w japonskiej knajpce, gdzie zjadlam pyszne sushi. calkiem niezle jak na chlodny kwietniowy piatek. prognoza na niedziele: snieg. chyba juz nigdy nie przestane nosic zimowej kurtki.
sobota, 28 marca 2009
o kryzysie
obserwuje reakcje amerykankow na kryzys. o kryzysie mowa we wszystkich stacjach radiowych, w kazdym wydaniu wiadomosci, na wszystkich stronach gazet. panice i narodowemu zdumieniu nie ma konca. dla tego kraju i tych ludzi, takie zjawiska jak utrata pracy, szczuplejszy portfel na starosc, czy niemozliwosc kupienia upragnionego samochodu czy domu sa niewyobrazalne. przecietny czlowiek mysli, ze bieda kroluje tylko gdzies w egzotycznej afryce, a kazdy 'normalny' (white, middle-class) czlowiek zyje sobie jak paczek w masle. naturlanie. kryzys ekonomiczny przybral juz charakter egzystencjonalnej histerii. dopiero spadek dolara, utrata inwestycji i niepewna przyszlosc sa w stanie naprawde wstrzasnac amerykanami. przecietny 30 czy 40 latek naprawde nigdy nie doswiadczyl 'biedy' (w cudzyslowie, bo tu i tak jest pod wzgledem ekonomicznym tysiac razy lepiej niz w innych krajach swiata). dla nich latwosc zycia, luksus i bogactwo sa stanem naturalnym, a bezrobocie i problemy finansowe jakims niewyobrazalnym ewenementem z najgorszego koszmaru. pracownicy zamykanych bankow placza z bezradnosci. nigdy nie byli w takiej sytuacji i naprawde nie maja pojecia co robic. niesamowite, ze kryzys podstawowych wartosci, zalamanie wiezow rodzinnych, wojny, coraz nizszy poziom edukacji, ignorancja czy izolacja od reszty swiata nie zmartwily amerykanow tak doszczetnie jak fakt, ze sa teraz zmuszeni do przemyslenia swoich wydatkow i obnizenia stopy zyciowej...
poniedziałek, 02 marca 2009
the wrestler
obejrzalam 'zapasnika' i zrobilo mi sie bardzo smutno. wyszlam z kina z lezka w oku i poczuciem, ze w koncu zobaczylam film opowiadajacy historie prawdziwego czlowieka. historie bolu, walki z rzeczywistoscia, historie bledow i ich konsekwencji, historie staczajacego sie bohatera, ktory wbrew rozsadkowi, za wszelka cene walczy o swoje miejce w zyciu i w sercach ludzi. ten podstarzaly, naszpikowany sterydami, ciezko oddychajacy zapasnik, przegrany sportowiec o farbowanych blond wlosach, w okularach i z aparatem sluchowym wzruszyl mnie bezgranicznie. brawa dla mickey rourke, ktory pieknie zagral w tej niemal autobiograficznej opowiesci.
just go see it.
poniedziałek, 19 stycznia 2009
bayfield, wisconsin
kilka fotek z wyjazdu do bayfield w wisconsin, polozonego tuz nad lake superior. bylo snieznie i bardzo bardzo zimno.
sunacy po zmrozonych wodach jeziora prom
opatulona robie zdjecie piotrkowi, za mna bayfield w calej okazalosci
spacer przy oblodzonych skalkach
sloneczny, ale strasznie zimny dzien na nartach
stoje na srodku zamarznietego jeziora, pozornie usmiechieta, a w rzeczywistosci w panice, ze lod lada moment zarwie mi sie pod nogami
najwyrazniej takich obaw nie mieli tamtejsi rybacy, ktorzy na srodek jeziora podjezdzali samochodami, stawiali baraki i lowili w nich ryby
powoli kieruje sie w strone brzegu, 50 cm grubosc lodu zupelnie mnie nie przekonuje, ze ten spacer po tafli jeziora byl dobrym pomyslem
moglabym wpasc w jedna z takich przerebli.. na przyklad..
środa, 07 stycznia 2009
happy new year
zamilklam ostatnio, ale tak duzo sie wydarzylo. dopiero teraz, z poczatkiem roku, swiat nieco wrocil na swoje miejsce. niedlugo zamieszcze fotki z polski i z sylwestrowej wyprawy do krainy fargo, czyli polnocnego wisconsin. z nowym rokiem przyszly tez dlugie godziny w pracy i nawal obowiazkow. na razie nie narzekam i czuje nawet jakies uczucie spelnienia zawodowego. mysle, ze do konca tygodnia mi przejdzie i pod adresem roznych ludzi poleca popularne polskie przeklenstwa. a poki co, happy new year!
czwartek, 04 grudnia 2008
niedziela, 27 lipca 2008
wtorek, 24 czerwca 2008
Puebla, Teotihuacan i Mexico City
podroz do meksyku okazala sie strzalem w dziesiatke. bylo naprawde super i nie chcialo nam sie konczyc tej 4 dniowej sielanki w doborowym towarzystwie kate i wojtka. tym bardziej, ze wspaniale linie lotnicze continental postanowily nam urlop skrocic o jeden dzien odwolujac lot naszego sobotniego, rannego samolotu i zmieniajac nam rezerwacje dopiero na niedziele rano. podroz rozpoczelysmy (bedzie w liczbie mnogiej, bo ja i aga) od wizyty w puebli, gdzie spotkalysmy sie po poludniu z kate i wojtkiem. puebla jest uroczym miastem polozonym jakies 2 godziny na wschod od mexico city. znana jest glownie z posiadania 70 kosciolow i z tego, ze jest najbardziej hiszpanskim miastem meksyku. rzeczywiscie, przechadzajac sie po centrum, czyli zocalo, czy chowajac sie w cieniu waskich uliczek czulysmy sie nieco jak w sevilli czy granadzie. poniewaz byla niedziela, odbywal sie w pueblii huczny festyn, ktorego uczestnicy tlumnie zalegali ulice i rynek. byly balony, lokalne przysmaki, poblanos przebrani za indian. ale i tak najlepszym punktem dnia bylo spotkanie z naszymi towarzyszami podrozy, ktorych widzialysmy ostatnio na ich slubie niemal rok temu.
z puebli udalismy sie wieczornym autokarem do mexico city, czyli D.F. (distrito federal). dwugodzinna podroz przegadalismy w najlepsze. swoja droga chyba nieco dziwnie i niecodziennie brzmiala nasza polska mowa w tym meksykanskim autokarze :-) zreszta dziwnie i niecodziennie wygladala wlasnie kasia z wojtkiem - dwa wysokie i szczuple blond ludki, wszyscy napotkani tu(tam)bylcy ogladal sie z za nimi z ogromnym zainteresowaniem. w mexico city udalismy sie do milego pomaranczowo-niebieskiego hotelu isabel. pomaranczowosc hotelu i wspolne spotkanie oblalismy nalezycie piwem montejo i victoria :-)
a na drugi dzien zaczelo sie juz prawdziwe zwiedzanie. dzien rozpoczelismy od wycieczki do piramid teotihuacan,ktore tworzyly niegdys najwieksze starozytne miasto meksyku. rzeczywiscie, obejscie ruin i piramid zajelo nam ponad 3 godziny, w czasie ktorych kazda wystawiona na slonce czesc ciala ominela stadium brazowej opalenizny i przybrala kolor zazacego sie wegielka. w teotihuacan mieszcza sie dwie piekne piramidy: piramida del sol i piramida de la luna. piramida slonca jest trzecia pod wzgledem wielkosci taka budowla na swiecie, a ustepuje miejsca tylko cheops w egipcie i piramidzie w choluli (takze w meksyku, niedaleko puebli). wspinalismy sie na nia w pocie czola po 248 stopniach (lonely planet policzyla :) aby u szczytu podziwiac panorame i piekne widoki na caly teotihuacan i okalajace go wielkie gory. w spacerze po ruinach towarzyszyli nam niestrudzenie lokalni sprzedawcy pierdol - od bransoletek, przez figurki zolwi, po majace nasladowac odglosy dzungli gwizdki. z kasia zgodnie stwierdzilysmy, ze gwizdek nasladujacy jagura przypomina dzwieki wydawane w czasie procesu wymiotowania i nie kupilysmy niczego :-)
po poludniu zaliczylismy stara i nowa bazylike guadalupe, po czym udalismy sie do centrum miasta do katedry. w wieczornym zwiedzaniu przeszkodzil nam niestety deszcz i postanowil przeszkadzac nam mniej wiecej o tej samej porze kazdego dnia. ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo .. reszte wieczoru spedzilismy w pobliskim hostelu popijajac meksykanskie trunki i ogladajac mecz niemcy-austria. dzien zakonczylismy w hotelowym barze, w ktorym bardzo milo nam sie gaworzylo dopoki szanowny kelner nie przypomnial nam, ze bar zamykaja o 11 a my mamy przed soba jeszcze dwie dopiero co zamowione a nietkniete margarity... ach, ta meksykanska goscinnosc po 23 :-)
trzeci dzien w meksyku uplynal nam na szwedaniu sie po miescie. odwiedzilismy wystawe o seryjnych zabojcach, ktora z meksykiem nie ma w sumie nic wspolnego, ale przyciagnela nas wlasnie tym niespotykanym tematem i nieco przestraszyla ... pozniej byly murale diego rivery w museo mural diego rivera i w museo de bellas artes, spacer po central parku mexico city, czyli alameda central, niemal 3 godzinna wycieczka po miescie turystycznym autobusem (tu przyjaciel deszcz postanowil nam znowu przerwac zwiedzanie i z odkrytego dachu zmuszeni bylismy zejsc na nizszy poziom autobusu, gdzie widocznosc jak z linii 126 we wrocku..), a na sam koniec super widoki z 44 pietra torre latinoamericana. dopiero wizyta na szczycie wiezy uswiadomila mi jak przeogromna jest stolica meksyku. migajacym w oddali swiatlom domow nie bylo konca, piely sie rozlegle u podnozy okalajacych miasto okazalych gor i wulkanow.
ostatni wieczor w meksyku spedzilismy ponownie w hotelowym barze, ale tym razem humor i szczescie tak nam dopisywaly, ze udalo nam sie za sprawa calkiem calkiem napiwku zabalowac - uwaga uwaga - az pol godziny po zamknieciu knajpki :-) reportaz na zywo z naszych poczynan w tenze wieczor na blogu kasi i wojtka :-) przed odlotem do stanow zobaczylismy jeszcze okazaly i zadbany palac prezydecki, ktorego wewnetrzne sciany ozdabialy wielkie murale diego rivery (to chyba wlasciwie byl jeden mega mural). udalo nam sie takze w koncu natrafic na smagana wiatrem przeogromna flage meksykanska, ktora laskawie pokazala nam sie w swej calej majestatycznej okazalosci :-)
meksyk okazal sie naprawde fajnym miejscem, co poddawali w watpliwosc niemal wszyscy moi rozmowcy ze stanow, a w co ja mimo tego gleboko wierzylam od samego poczatku. pewne braki, niezaprzeczalne zanieczyszczenie powietrza (tudziez jedzenia) mexico wynagradza kultura, historia, zabytkami i sobie tylko wlasciwym klimatem. i moze w porownaniu do innych miejsc na ziemi nie znajduje sie w czolowce, to w moim osobistym rankingu jest bezsprzecznie w top five :-) te kilka dni z dala od amerykanskiej rzeczywistosci, spedzone na zwiedzaniu interesujacych miejsc w super towarzystwie agi (klocilysmy sie tylko minimalnie i sporadycznie), kate i wojtka ... coz, nic dodac, nic ujac: viva mexico!
piątek, 06 czerwca 2008
na szpilkach
dzis siedze juz jak na szpilkach, bo wlasnie leci do mnie aga. w pracy jestem w sumie bezuzyteczna, ciagle spogladam na zegarek i odliczam godziny do naszego spotkania. ach, stesknilam sie za ta moja siostra troche! przez nastepne 2 tygodnie bedziemy sobie nawzajem dokazywac :-) no to tyle w sumie, chcialam tylko przelac moja nieodparta wrecz niecierpliwosc na bloga.
środa, 28 maja 2008
skladanka
dostalam email od eryka ze skladanka na lato (full pink moon). jeszcze calej nie odsluchalam, ale tak jak w skladance na zime (winter solstice) znajduja sie na niej kawalki bardzo oryginalne, niespotykane, transowe, a czasami nawet za dziwne nawet jak na moj, calkiem tolerancyjny, gust. ale utwory dobrane sa starannie, a wszystkie kawalki, ich teksty i klimat tworza nierozerwalna calosc dostrzegalna dopiero dla subtelnego, uwaznego ucha. eryk kazda z pietnastu piosenek dokladnie opisal, tulmaczac jej geneze, znaczenie... zostalam nawet poinstruowana co do sposobu sluchania tej skladanki - bron boze na ipodzie..! bo nie slychac instrumentalnej i akustycznej wirtuozerii. ach, to sie nazywa fanatyzm. a we wrzesniu ide na koncert nicka cave'a, tym razem w malym kameralnym klubiku. nie moge sie doczekac :-)
sobota, 19 kwietnia 2008
mexico, here i come!
udalo mi sie zalatwic sobie urlop w pracy na czerwiec kiedy to odwiedzi mnie (w koncu!) aga. wybieramy sie uwaga, uwaga, do meksyku! zostaly nam do zalatwienia/sprawdzenia formalnosci przelotowo-wizowe, ale wszystko wskazuje na to, ze na kilka dni dolaczymy do kasi i wojtka i jak gdyby nigdy nic bedziemy z nimi zwiedzac kraine mariachi, tequili, tacos, oraz meksykanskich sombreros noszonych przez meksykanskich rancheros. no i pocwicze troszke moj ostatnio nie rozwijajacy sie hiszpanski, z czego sie bardzo bardzo ciesze. dni beda mi teraz uplywac na beztroskim czekaniu w slodkiej niecierpliwosci na ten wymarzony urlop :-) jeszcze tylko sensownie obmyslic trase, zakupic jakis backpakerski plecak, stracic kilka kilogramow coby zaprezentowac sie jakos w stroju kapielowym na meksykanskich plazach (marzy mi sie road trip na plaze 'boca del cielo' z filmu 'y tu mama tambien') i mi mexico querido here i come! :-))
środa, 02 kwietnia 2008
foto z polszy
to zaczne moze od czarnej i kochanej kulki, ktora swym pierwszym szczeknieciem skradla bez reszty me serce. psina to przekochana, slodka, choc troszke przygrubawa (ale jaka lsniaca!)
kulka wacha
tu spoglada na psa sasiada, ktory niestrudzenie ja obszczekuje
radosc na spacerze
kulka w biegu
nasza nowoczesna droga :) a jak popada to juz w ogole..
aga i kulka przed domem
takie piekne pola mamy! tzn, widok na w sumie
lubie nasze okna
swojskich klimatow czesc pierwsza, spacer z kulka i traktor
nasz piekny dworzec (prawie glowny)
rogatka uszkodzona
sklep spoz-przem
malowanie jajek. poszlismy na latwizne zanurzajac pisanki w pastylkowych barwnikach
wielkanoc na salonach
przywiedle zonkile na tle kominka
swojskich klimatow czesc dwa, okoliczna drozka
a obok niej jezioro labedzie
jeszcze jedno zdjecie w klimatach lokalnych
a tu juz wesola aga w koronie
poniedziałek, 31 marca 2008
aaand back
a wiec tak, tydzien temu wrocilam z polszy, gdzie bylo milo, sielsko i anielsko. zdjecia zamieszcze juz wkrotce. a w tymczasem polecam bardzo film 'into the wild', naprawde warto obejrzec.
niedziela, 09 marca 2008
bieguni
"... podstawowe pojecie - powiedzial - to konstelacyjnosc, i od razu pierwsze twierdzenie psychologii podroznej: w zyciu przeciwnie niz w nauce (a i w nauce wiele rzeczy naciaga sie dla porzadku) nie istnieje zadne filozoficzne primum. znaczy to, ze nie da sie zbudowac konsekwentnego przyczynowo-skutkowego ciagu argumentow ani opowiesci z nastepujacych po sobie kazuistycznie i wynikajacych z siebie zdarzen. byloby to tylko przyblizenie, podobnie jak przyblizeniem powierzchni kuli wydaje nam sie siatka poludnikow i rownoleznikow. przeciwnie - aby jak najdokladniej odwzorowac nasze doswiadczenie, nalezaloby raczej zlozyc calosc z czastek mniej wiecej tej samej wagi i rozmieszczonych koncentrycznie na tej samej plaszczyznie. to konstelacja, a nie sekwencja jest nosnikiem prawdy. dlatego psychologia podrozna opisuje czlowieka w rownowaznych stuacjach, nie usulujac nadac jego zyciu zadnej przyblizonej nawet ciaglosci. zycie ludzkie skalda sie z sytuacji,. istnieje za to pewne lgniecie do powtarzalnosci zachowan. ta powtarzalnsoc nie przesadza jednak o tym, by nadawac zyciu pozor jakiejkolwiek konsekwentnej calosci." olga tokarczuk i ot ci ciekawe pojecie czasu. jego nielinijnosc. wydarzenia rozsiane na planszy zycia jak rozrzucone pionki w przerwanej grze. poszczegolne etapy zycia nie nastepuja po sobie, a sa jakas nieokreslona wypadkowa roznych sil. chaotycznym potrzasnieciem kolorowego kalejdoskopu. gwiazdozbiorem, ktory nagle spadl z nieba.
poniedziałek, 03 marca 2008
sobota, 23 lutego 2008
czwartek, 21 lutego 2008
calkowite zacmienie
mimo przeszywajacego mrozu i wydobywajacej sie przy kazdym oddechu pary z ust postanowilam dzielnie obserwowac zacmienie ksiezyca. sasiedzi rowniez chcieli uczestniczyc w tym zjawisku i nawet wyniesli na zewnatrz statyw z super nikonem. ja tylko patrzylam w niebo, bo moim sprzetem raczej nie zrobilabym dobrych zdjec. sasiadka obiecala mi swoje. co chwile musialam jednak wskakiwac do domu i ogrzewac sie nieco, bo naprawde temperatury sa syberyjskie. a ziemia bardzo ladnie pokryla ksiezyc swoim brazowawym cieniem. fajnie tak sobie obserwowac, i to golym okiem, cuda natury. hmm, no i co by tu jeszcze.. sasiedzi sie zareczyli, tegoroczna zima podobno najmrozniejsza od 45 lat, w niedziele wybieram sie na narty, jutro wyplata, dzieki czemu stac mnie na te narty :-), w niedziele tez sa moje urodziny, no i odliczam juz tygodnie i dni do wyjazdu do polski. a teraz ide sobie poczytac i pozniej spac. buenas noches.
sobota, 02 lutego 2008
sniezne zaspy
jestesmy zasypani sniegiem. padalo praktycznie przez caly dzien, cala noc, i do poludnia dzis. chyba non-stop. pieknie sie zrobilo i bialo. wracajac do domu minelam nawet balwana. rano za to musialam sie przedzierac przez niezle zaspy sniezne aby dostac sie na stacje metra. pozniej mialam mokre skarpetki, buty i nogawki juz do konca pracy (mam nadzieje, ze sie nie rozchoruje). w ogole nie wiem dlaczego z powodu tych zasp nie dali nam po prostu dnia wolnego, tak by bylo fajnie! ale moi szefowie z florydy sa, pewnie jeszcze nie wiedza, ze jak tu pada snieg, to nie na zarty. aa, no i wszyscy mieszkaja kilka krokow od pracy, nie musza dojezdzac, z buta dochodzic, to pewnie nawet nie zastanawiaja sie nad takimi sprawami jak sniezne zaspy. a teraz weekend i wielka ulga. taka WIEELKAA. zmeczylam sie praca w tym tygodniu, ciagle podsumowanie roku i juz tym podsumowaniem niemal wymiotuje. wracalam pozno do domu, glodna i oslepiona wpatrywaniem sie w komputerowy ekran przez tyle godzin, i z wielkim dylematem pod tytulem: po co ja to wszystko robie? czyli taki kryzysik zawodowy, ktory przechodze mniej wiecej co dwa miesiace, a w czasie rocznych i kwartalnych podsumowan - co dzien :-) po prostu bomba! moze sobie cos fajnego kupie w ten weekend, jakis sweterek czy ksiazke, coby wynagrodzic sobie te intelektualne trudy. z ostatnich doniesien: kulka ma sie dobrze, jest gruba i kochana. nie da sie jej za bardzo odchudzic po proby karmienia jej mniejszymi porcjami koncza sie jej natychmiastowa wizyta w kuchni gdzie blagalnymi i slodkimi oczkami prosi o dokladke :-) niedlugo bedzie brzuchem zamiatac po ziemi, ale niech tam. lazi za mama do garazu i traca noskiem w noge kiedy pragnie byc glaskana. ja jestem w niej zakochana, na odleglosc, ale zakochana :-)
wtorek, 22 stycznia 2008
no title
nie mam niestety ostatnio weny do pisania. caly czas chce cos tu skrobnac, ale nic sie w sumie ciekawego nie dzieje i nie ma o czym pisac. ot praca, w ktorej podsumowanie roku itd, totez troche dluzej pracuje; szkola, wyklady i zadania domowe; no i zima, ostatnio juz bardzo mrozna, a w ten weekend niemal arktyczna. jedna z nowosci jest moja rychla wizyta w polsce, przyjezdzam na tydzien w marcu. wyprawa troszke spontaniczna, ale bardzo sie ciesze. no i zamierzam zaskoczyc rodzicow, czyli nic nie wiedza o tym, ze przyjezdzam. dowiedza sie dopiero u progu swych drzwi :-) zawsze chcialam im zrobic taka niespodzianke i zobaczyc ich zdziwione miny, hehe. mam nadzieje, ze mamie cisnienie za bardzo nie skoczy. a na dzien babci wykonalam dzis telefon do babci stefci, zyczac jej wszystkiego naj z okazji jej swieta. ale troszke mi smutno bylo, bo babcia przebywa tymczasowo w szpitalu i tak niefajnie, ze szczegolnie dzis tam byla :-( oby szybko do zdrowia wracala. szczegolnie ze kulka czeka na nia w domu. nie ma z kim chodzic na spacery w ciagu dnia i pewnie tez czeka na ryzowo-kurczakowe przysmaki, ktore babcia co dzien jej przygotowuje. to by bylo na tyle. dobranoc.
piątek, 04 stycznia 2008
|